Skip to content

Bez niedomówień – o popularnym kinie LGBT

Kino LGBT jest stale marginalizowane. Podobnie zresztą jak znaczenie osób nieheteronormatywnych w społeczeństwie. Filmy określane tym mianem wciąż uważane są za niszowe i nieczęsto trafiają do szerokiej dystrybucji. Tęczowy mainstream, a więc dzieła pokroju „Carol”, „Samotnego mężczyzny” czy kultowej już „Tajemnicy Brokeback Mountain”, uznawanej w popularnych zestawieniach za największy gejowski film w historii kina, to jednak trochę inne zjawisko, gdyż dzięki pierwszoligowej obsadzie kojarzy je właściwie każdy przeciętny widz. Są to produkcje skierowane do szerokiej publiczności, a nie stricte do odbiorców LGBT. Ich rolą jest raczej opowiadanie społeczeństwu o problemach osób nieheteronormatywnych za pomocą uniwersalnego, hollywoodzkiego języka filmowego, niż dostarczanie takim osobom w pełni satysfakcjonujących historii.

Odbiorcy LGBT jednak wciąż potrzebują filmów tworzonych specjalnie z myślą o nich i ich potrzebach, których nie zaspokoi jedna głośna queerowa premiera rocznie. Odłóżmy więc na bok te większe, powstające sporadycznie produkcje (oraz twórczość uwielbianego Xaviera Dolana, która stanowi osobny, pojemny temat), i przyjrzyjmy się popularnemu kinu LGBT, czymkolwiek ono właściwie jest.

Definiując pojęcie „popularnego” tęczowego kina, trzeba z pewnością oddzielić je od tradycji kina queer, które w poprzednich dekadach charakteryzowały: awangardowa forma, przekraczanie granic i kampowa stylistyka. Zdaje się, że dziś większe zainteresowanie przeciętnego, nieheteroseksualnego widza wzbudzają bardziej konwencjonalne historie. Najbardziej popularne przykłady i powracające w nich motywy wiele mówią o tym, czego tęczowa publiczność jest obecnie najbardziej spragniona.

Jednym z najbardziej lubianych filmów LGBT ostatnich lat, który nie jest jednocześnie produkcją wpisującą się w szeroko rozumiany mainstream, pozostaje „Zupełnie inny weekend” z 2011 roku. Pełnometrażowy fabularny debiut Andrew Haigha, późniejszego twórcy świetnego gejowskiego serialu „Spojrzenia”, do dziś może stanowić wzór dobrego, nieheteronormatywnego kina. Siłą tej kameralnej historii jest zestawienie ze sobą pary bohaterów, którzy reprezentują dwa zasadniczo różne podejścia do własnej seksualności, dwie życiowe postawy ścierające się często wewnątrz tęczowego środowiska. Introwertyczny, nie do końca wyoutowany Russell i odważny, otwarcie mówiący o swojej orientacji Glenn przyciągają nie tylko siebie nawzajem, ale i widza, który może utożsamić się z jednym z nich. Prosta, pozbawiona narracyjnych i wizualnych fajerwerków forma sprawia zaś, że zamiast wydumanego melodramatu, mamy do czynienia ze szczerym obrazem współczesnej, męsko-męskiej intymności.

Inną produkcją, która zyskała dużą popularność wśród gejowskiej widowni jest meksykański film „Cztery księżyce”, który w serwisie Outfilm.pl poświęconym branżowemu kinu, jest od momentu premiery najchętniej oglądanym i najlepiej komentowanym tytułem. Składa się on z czterech różnych historii; ich wspólny mianownik to lęk przed pożądaniem lub miłością. Każda z nich opowiada losy bohaterów będących na zupełnie innych etapach życia – mamy tu jedenastoletniego chłopca zauroczonego swoim kuzynem, dwóch przyjaciół z dzieciństwa, którzy zaczynają ze sobą chodzić, wieloletni związek w kryzysie i starszego, żonatego geja. Taki dobór wątków, przy sprawnej realizacji, sprawił, że film zadowolił zarówno fanów ambitniejszego kina, jak i lżejszej rozrywki.

W filmach przeznaczonych do szerokiej publiczności tęczowi bohaterowie od dawna mają swoje miejsce. Gejowi przypada rola najlepszego przyjaciela i powiernika tajemnic głównej bohaterki, lesbijce – postać, która woli kobiety tylko dlatego, aby dać mężczyźnie kosza (lub, co gorsza, dać mu się w końcu złamać).

Naprzeciwko takim utrwalającym stereotypy produkcjom wychodzą bardziej niezależne i złożone filmy, np. debiutujący właśnie na naszych ekranach „Piękny drań” – komediodramat o godzeniu się z własną tożsamością w męskiej szkole z internatem. Podobnych filmów wciąż nam jednak brakuje, a i one często unikają nazywania rzeczy po imieniu, ograniczając się do dyskretnych aluzji.

Nic więc dziwnego, że największym atutem popularnych filmów spod znaku LGBT zdaje się dosłowność i łatwość, z jaką można utożsamić się z ich tęczowymi bohaterami, którzy są czymś więcej niż tylko marionetkami czy komediowymi przerywnikami. Przeciętny odbiorca kina gejowsko-lesbijskiego nie potrzebuje pompatycznych melodramatów – chce zobaczyć swoje odbicie w historii, która jest prosta, życiowa i pozbawiona niedomówień.

 

Łukasz Chruściel – element napływowy ze Szczecina. Niespełniona drag queen i astrolog-amator. Człowiek o zróżnicowanym guście i lewicowym sumieniu. Stara się mieć otwarty umysł. I lubi składać modele samolotów.

 

Zdj. “Cztery księżyce” – mat. dystr.

Dodaj komentarz jako pierwszy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *