Skip to content

Byliśmy ministrantami

Kadzidło, korporał, łódka, patena… Niektórzy geje, nawet jeśli dziś nie chodzą do kościoła, doskonale znają te przedmioty. W naszym środowisko jest stosunkowo duży odsetek byłych ministrantów. Co prawda, nie przeprowadzono na ten temat żadnych badań statystycznych, ale wystarczy popytać wśród znajomych – ja sam w dzieciństwie pomagałem przy ołtarzu, a później poznałem sporo chłopaków, którzy również mają w swojej biografii ten epizod (czasem nawet zaskakująco długi). Jeśli posłuchamy ich relacji, na dobrą sprawę nie ma w tym nic kontrowersyjnego – młody człowiek, zazwyczaj jeszcze przed okresem dojrzewania, nie myśli krytycznie o poglądach reprezentowanych przez Kościół katolicki, ani o swojej seksualności. Choć dziś historie te stanowią głównie barwną anegdotę i ciekawostkę z życia geja, myślę, że warto się im przyjrzeć.

Moi rozmówcy zainteresowali się ministranturą w wieku ok. ośmiu lat. Mało prawdopodobne jest, by tak młodymi chłopcami kierowały pobudki stricte religijne. Owszem, był to czas przygotowań do pierwszej komunii świętej, a więc wzmożonej obecności w kościele, jednak bezpośrednią zachętą okazało się rodzeństwo. W przypadku Arkadiusza było to dwóch starszych braci, którzy sami służyli do mszy. Nic dziwnego zatem, że też chciał spróbować. Jego posługa trwała do końca gimnazjum. Jak wspomina, atmosfera zależała od wikarego, który w danym momencie urzędował w parafii. Jeden, surowy i wymagający, miał zwyczaj organizowania w tygodniu formalnych spotkań i dyżurów. Inny zaś nagradzał ministrantów czymś w rodzaju punktów za uczestnictwo we mszach, adoracjach i nabożeństwach. Chłopcy z najlepszymi wynikami jeździli z księdzem na basen lub coś zjeść. Kolejny wikary wynajmował salę gimnastyczną, żeby ministranci mogli wspólnie pograć w piłkę. Arkadiusz nie uważał jednak tej grupy za szczególnie zgraną. Swoją posługę traktował z dość dużym dystansem. Do kościoła zawsze chodził niechętnie, ale wychowany w katolickiej rodzinie wręcz nie wyobrażał sobie niedzieli bez obowiązkowej obecności na mszy. Bycie ministrantem wydawało się więc atrakcyjną alternatywą, bowiem dzięki pełnionym obowiązkom szybciej mijał mu czas. Pod koniec służby był już nawet zadeklarowanym ateistą, ale przyznaje, że brakowało mu wówczas asertywności, dlatego wciąż pomagał przy ołtarzu podczas większych świąt. Pewnego roku oficjalnie postanowił, że robi to po raz ostatni. Dziś, z wyjątkiem uroczystości rodzinnych, w ogóle nie chodzi do kościoła.

Zupełnie inne podejście do ministrantury miał Piotr. Zaczynał mniej więcej w tym samym wieku co Arkadiusz, ale jego służba trwała aż 13 lat. W międzyczasie zaangażował się również w chór kościelny i duszpasterstwo młodzieżowe. Jego także zachęcił starszy brat, który podczas mszy pełnił funkcję lektora. Dla Piotra pomoc przy ołtarzu miała o wiele większy wymiar. Początkowo chodziło głównie o chęć przynależenia do jakiejś grupy, jednak z biegiem lat istotny stał się również aktywny udział w czasie nabożeństw. Rodzina Piotra jest bardzo religijna, on sam także nie ukrywa, że wierzy w Boga. Zrezygnował ze służby, ponieważ czuł, że po tylu latach wpada w pewną rutynę i jego uczestnictwo staje się powierzchowne. Pozostał jednak w chórze, co zawsze dawało mu większą radość i bardziej angażowało w modlitwę. Z tego okresu zachował same pozytywne wspomnienia. Zarówno ministranci jak i członkowie chóru byli serdecznymi kolegami i wspólnie spędzali większość swojego wolnego czasu. Poza kościołem, część z nich (łącznie z Piotrem) udzielała się również w szkolnych samorządach, kołach naukowych i harcerstwie.

Przyznaję, że zazdroszczę chłopakom tak miłych wspomnień, gdyż sam nie miałem tyle szczęścia. W komży wytrzymałem zaledwie pół roku (nie załapałem się np. na wyczekiwane przez wszystkich ministrantów chodzenie po kolędzie), a wszystko za sprawą fatalnej atmosfery panującej w zakrystii. Wtedy nie znałem tego słowa, nie pojawiało się ono tak często w mediach, ale z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że w mojej parafii wśród ministrantów dochodziło do mobbingu. Prześladowcami byli niektórzy starsi ministranci, ale również – co gorsza – sam proboszcz. Opinie o jego despotycznym i surowym charakterze od lat krążyły po naszym osiedlu, jednak nikt w to nie ingerował. W kościele nie panował np. zwyczaj przyuczania nowicjuszy do poszczególnych funkcji podczas mszy. Kto w nieodpowiednim momencie zadzwonił dzwonkiem, zapomniał zmienić slajd z tekstem pieśni lub nie poprawił księdzu szaty, ten musiał się później sporo nasłuchać od duchownego. Przy każdym błędzie pozostali ministranci patrzyli na ofiarę z pogardą, pukając się czasem znacząco w czoło, a wszystko w trakcie trwania nabożeństwa. Po jednej traumatycznej mszy, na której byłem tylko ja i proboszcz (nic dziwnego, że moja skromna osoba wyposażona w zaledwie jedną parę rąk nie zapewniła należytej oprawy), zostałem przez niego zrugany najbardziej w moim życiu. Wtedy pękłem i opowiedziałem o wszystkim w domu. Dostałem przyzwolenie na rezygnację z ministrantury, jednak z tego co wiem, nie zrobiono nic z panującymi w kościele zwyczajami. Jak widać, co parafia to obyczaj.

Bycie ministrantem może, ale tak naprawdę nie musi i często nie ma wpływu na nasze dalsze życie. Jednak póki rodziny wychowują swoje dzieci w wierze katolickiej, Kościół – świadomie bądź nie – będzie przyjmować sporo gejów zarówno pod swój dach, jak i bliżej, pod sam ołtarz. Z tego względu dobrze byłoby wśród duchownych zmienić myślenie o osobach LGBT+. Pytanie tylko, kiedy i czy w ogóle się tego doczekamy?

 

Kuba Krzyżański – kulturoznawca, dziennikarz, kolekcjoner płyt winylowych. Gdyby mógł podróżować w czasie, odwiedziłby Stany Zjednoczone przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Rodowity poznaniak. 

 

Zdj. Wikimedia, GNU Free Documentation License (GFDL)

Dodaj komentarz jako pierwszy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *