Skip to content

Geje pod bronią

Jak wyglądało życie poznańskich gejów w czasach PRL-u? Odkrywamy historie seniorów LGBT, którzy dzielą się swoimi wspomnieniami. Oto druga część rozmowy Pawła Ziemby z Jurkiem, który trafił do Poznania zaraz po studiach, jeszcze w latach 60-tych. Część pierwszą znajdziecie tutaj – dotarliśmy do czasu stanu wojennego.

 

 

W poprzedniej rozmowie wspominałeś o swoim partnerze, z którym spędziłeś 15 lat. Jak Ci się z nim układało?

Mieszkaliśmy najpierw w wynajętym mieszkaniu, potem on dostał własne i tam się przenieśliśmy. Pojawiły się problemy zdrady, wierności, rożnie to było, w każdym razie druga strona wiedziała o tych skokach w bok, zawsze się człowiek przyznawał jeden drugiemu. Czasami bywało i tak, że nowo poznana osoba stawała się, że tak powiem, wspólną osobą. Nie tylko razem się zabawialiśmy, ale nawiązywaliśmy też często dłuższe znajomości. W ten sposób poznaliśmy trzech czy czterech facetów, z którymi przyjaźnimy się do dzisiaj. No, jeden z nich już nie żyje. Polega ta przyjaźń na wzajemnym wspieraniu się, wzajemnym szacunku, oceniam to pozytywnie.

Czyli takie kontakty poza związkiem były akceptowane?

Zdarzały się również zdrady, które nie spotykały się z aprobatą drugiej strony. To leży w naturze ludzkiej, a zwłaszcza gejowskiej, ta ciągła chęć poznawania nowych osób. Moja praca polegała na tym, że często podróżowałem służbowo, wyjeżdżałem czasami na kilka dni, nawet na tydzień do różnych miast w Polsce. W chwilach wolnych, co można było robić? Nie było co robić, trzeba więc było spacerować, poznawać nowych ludzi i coś się tam zawsze trafiło. Mieszkałem w hotelach, tam też konsumowałem te znajomości. W niektórych miastach, do których się jeździłem, były to stałe znajomości – wtedy już się nowych kontaktów nie szukało. Tak samo mój partner też miał pracę związaną z częstymi delegacjami. Ale, tak jak powiedziałem, były to raczej zdrady tolerowane i nie zagrażały przyszłości tego związku.

A jednak dziś nie mieszkacie razem?

Trwało to ponad 15 lat, w końcu przyszła jakaś taka rutyna. Człowiek się starzeje. Pewne wady, które do tej pory były tolerowane, które do tej pory nie przeszkadzały, stały się najpierw bardziej widoczne, później zaczęły drażnić, no i jak to w życiu bywa, coraz bardziej dominować. W dodatku, dostałem mieszkanie i doszliśmy do wniosku, że trzeba żyć na własna rękę. Rozstaliśmy się fizycznie. Natomiast nie było to rozstanie psychiczne. Zostaliśmy przyjaciółmi, w dalszym ciągu się wspieramy, utrzymujemy kontakty. Nowi przyjaciele każdego z nas stają się, w większości, wspólnymi przyjaciółmi. I tak to sobie trwa. Poznałem nowych partnerów, zaczęły się nowe związki. Na początku były to krótkotrwałe relacje, na kilka miesięcy, rok, najwyżej dwa lata. Później pojawił się ktoś, z kim jestem od ponad 20 lat.

Jak wspominasz czas stanu wojennego?

Mój przyjaciel – ten właśnie, z którym byłem ponad 15 lat – pracował na uczelni. Był zaangażowany w ruch studencki, opiekował się nim z ramienia uczelni. Przyszła słynna noc z soboty na niedzielę, 12 na 13 grudnia 1981 roku. Nie wrócił do domu. Mnie to na początku zdziwiło, później zdenerwowało. Bo przecież rzadko się zdarzało, żeby nie wracał na noc bez powiadomienia. Nastał ranek, cichy ranek, bez „Teleranka”, najstarsi powinni pamiętać. Gdzieś koło godziny dziesiątej dowiedziałem się, o co chodzi, bo zaczął działać telewizor – skończył się szum, a pojawił pan w mundurze. Dopiero wtedy wzmógł się mój niepokój. Partner nie wraca. Radio nie działa, telefony nie działają… Trzeba było słuchać, jak się wtedy słuchało, „Wolnej Europy”. Była mocno zagłuszana, no ale coś tam można było usłyszeć. Że internowania, aresztowania. Dopiero późnym wieczorem, gdzieś przed godzina milicyjną, mój przyjaciel wrócił. Okazało się, że musiał zostać na uczelni i zająć się swoimi studentami, którym różne pomysły przychodziły do głowy. Musiał w sposób rozsądny ich utemperować, żeby nie doszło do tragicznych konsekwencji.

Jak stan wojenny wpływał na życie gejowskie w Poznaniu?

Działalność na polu gejowskim była ograniczona do godziny milicyjnej. Spacery w celu polowania, w wiadomych miejscach – koło Opery, koło Dworca PKS-u – mogły się odbywać tylko do 22. Niekiedy wykorzystywało się ten pretekst, by kogoś do siebie zaprosić lub u kogoś zostać na noc. „Nie pójdę, bo jest godzina milicyjna”. Albo: „Nie puścimy cię, bo godzina milicyjna”. Do tego dochodziły trudności w poruszaniu się po Polsce, poza miejscem zamieszkania. Żeby gdzieś wyjechać, trzeba było uzyskać zgodę, mieć specjalna przepustkę. Co prawda, nie ograniczało to wyjazdów służbowych, bo wtedy pozwoleniem była delegacja. Moja praca na tym nie ucierpiała, znajomości też nie.

Ja pamiętam, że w tym czasie mój ojciec przebywał praktycznie cały czas poza domem, w jakichś jednostkach wojskowych…

Tak, to był bardzo przykry moment dla mężczyzn, a dla gejów szczególnie. Bo musieli odbyć specjalną służbę wojskową. Dostawałeś wezwanie do natychmiastowego stawienia się w jakimś tam punkcie poborowym. Jak wezwanie przychodziło rano, to trzeba było pójść tego samego ranka. Pracowałem jako główny księgowy. Przyszło powołanie, poszedłem i wzięli mnie od razu w kamasze, bez możliwości odwołania. Cała moja odpowiedzialna praca, związana z zakończeniem roku, bilansem nie miała dla nich znaczenia. Zadzwoniłem do mojego szefostwa – telefony jakoś już wtedy musiały działać – że nie mogę stawić się do pracy, bo zostałem wcielony do wojska, jestem już w mundurze. Interwencja szefów nie przyniosła żadnego skutku, nie było dyskusji.

Pamiętam, że zawieźli nas do ośrodka wypoczynkowego w Kiekrzu. Była zima, ze dwadzieścia stopni mrozu. W pierwszą noc skoszarowano nas w pokojach po 20 osób. Piętrowe łóżka. Pomieszczenie było nieogrzewane. Ośrodek wypoczynkowy przystosowany był bowiem do warunków letnich. Mróz, zimno, spaliśmy w butach, ubraniach, w mundurach.

Długo tam przebywałeś?

Od razu zaczęło się kombinowanie, co dalej robić. Na szczęście, odezwała się choroba, zapalenie korzonków. Krótko mówiąc, wymigałem się z tego. Nie brałem udziału ani w patrolach dziennych, ani w tych nocnych, z bronią. Osoby, które często nigdy nie miały do czynienia z wojskiem, dostawały ostrą broń i szły na patrol. To były groteskowe, ale jednocześnie dramatyczne sytuacje. Przecież mogło się to skończyć bardzo nieciekawie. Mnie się upiekło, bo zamiast na patrole, zostałem skierowany do szpitala na oddział neurologii. A miałem wprawę w udawaniu, gdyż wcześniej chorowałem dość długo na zapalenie korzonków. Nie miałem więc trudności w przekonaniu lekarzy, że jestem bardzo chory. Zostałem po dwóch, trzech tygodniach wypisany z tego wojska i wróciłem do domu. Ale wiem, że dużo koleżanek naszych, czyli gejów, znalazło się w tragicznym położeniu. Kazali im łazić w mundurach z bronią. Później opowiadali, co im się przydarzyło. Nie wspominają tego dobrze.
CDN…

 

Paweł Ziemba – Informatyk-programista, lider projektów IT, instruktor żeglarstwa, meteorolog, a obecnie głównie coach. „Jestem gejem pracującym, żadnej pracy się nie boję”.

Fot. Archiwum

3 Komentarzy

  1. Marcin Marcin

    Ciekawe… W mediach, homoseksualista kojarzy się z młodym chłopakiem, pełnym energii. Zupełnie pomijana jest kwestia starszych osób LGBT+. Warto poruszyć ten temat.

    • Władek Władek

      Masz rację – ja mam 39 lat i myślę, że to sami młodzi geje pomijają grupę osób starszych – jak gdyby po 40 roku życia znikali…

  2. Władek Władek

    Ciekawa opowieść…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *