Skip to content

Lata 60. w Poznaniu. „Toaleta publiczna, przygodne osoby i szybki seks bez zawierania znajomości” [ROZMOWA]

Rozpoczynamy cykl rozmów z seniorami i seniorkami środowiska LGBT, opisujących życie lesbijek oraz gejów za czasów, gdy określenia „gej” czy „lesbijka” nie były jeszcze znane.

Zaczynamy od rozmowy z Jurkiem, który w Poznaniu znalazł się w latach 60., zaraz po studiach. Nam opowiada, jak wyglądało życie geja w tych czasach z perspektywy wykształconej i artystycznej warstwy społecznej PRL-u.

 

Jak wtedy, w latach 60., się poznawało, że się jest gejem? Jak na „to” się wówczas mówiło?

Różnie się mówiło. W Warszawie studiowałem na takiej uczelni, na której krążyły opowieści: „Czym się różni SGPiS (Szkoła Główna Planowania i Statystyki, obecnie Szkoła Główna Handlowa w Warszawie – przyp. red.) od roweru?”. Odpowiedź była: „Ilością pedałów”. Spotykaliśmy się na uczelni, w kiblach, nawet przyjeżdżali ludzie z miasta. No i słynne „krzyżyki”! Na placu Trzech Krzyży była taka toaleta publiczna i tam się zaczynało. Poznawało się przygodne osoby, był szybki seks, na tym się kończyło, bez zawierania znajomości.

A w Poznaniu jak to było?

Tradycyjne miejsca spotkań to na dawnej Armii Czerwonej przy Kuchciku (obecnie nieczynny bar mleczny „Pod Kuchcikiem” na ul. św. Marcin – przyp. red.), przy Komitecie Wojewódzkim (obecnie Collegium Historicum – przyp. red.) – najciemniej pod latarnią. Wieczorami – park przy Operze, park przy PKS-ie, tradycyjnie dworzec. Były też tak zwane pikiety na Starym Rynku, na Placu Wielkopolskim, one były najbardziej uczęszczane. I tam też się spotykało przygodnych amantów, którzy służyli do szybkiego seksu. Na początku lat 70. poznałem osobę w kinie, nie na pikiecie, w Bałtyku (nieistniejące już kino – przyp. red.). Zwrócił na mnie swoja uwagę, zresztą z wzajemnością, facet młodszy trochę ode mnie. Poszliśmy na spacer po tym seansie i ten spacer skończył się szybkim seksem. Jednak umówiliśmy się na następny raz, tak znajomość się przedłużyła i trwała około 15 lat. Razem żeśmy mieszkali właśnie tu, w tym mieszkaniu.

Dziś mieści się tu Collegium Historicum, za PRL-u, gdy mieścił się tu Komitet Wojewódzki, było to jedno z popularnych miejsc spotkań homoseksualistów / Fot. Paweł Ziemba
Dziś mieści się tu Collegium Historicum, za PRL-u, gdy mieścił się tu Komitet Wojewódzki, było to jedno z popularnych miejsc spotkań homoseksualistów / Fot. Paweł Ziemba

Jak wyglądało wasze życie we dwóch?

Stworzyliśmy tak zwaną parę, mieliśmy znajomych i tak się składa, że były to osoby też po studiach, zajmowały jakieś stanowiska w urzędach państwowych, na uczelniach, wtedy mówiło się na to „wyższe sfery”. Spotykaliśmy się albo w ich mieszkaniach, albo u nas, bo nie było żadnych lokali gejowskich. Odbywały się przyjęcia. Charakterystyczne było zamiłowanie do opery, do muzyki, do filharmonii. Słynne były premiery w Operze, trzeba było obowiązkowo się pokazać. A już jak przyjeżdżał teatr tańca, to w ogóle był bal i gala na cztery fajerki, jak to się mówiło. Były też słynne sylwestry na Głogowskiej, na które przychodziło kilkanaście, nawet 20 do 30 osób. Wszystko na poziomie, były przebieranki, stroje galowe i występy, coś w rodzaju dzisiejszego karaoke. No, w każdym bądź razie, na poziomie i to tak trwało sobie, trwało. Wydaje mi się, że przynajmniej moje środowisko to była jakaś tam nie elita, ale elita w odróżnieniu od tych zwykłych prostych robociarzy, co to się spotykało czasami na tych pikietach. Myśmy, mając swoje grono, nie bardzo mieli potrzebę, że tak powiem, kontaktowania się czy korzystania z przygód z tymi osobami spoza naszego kręgu.

Ale to chyba nie były wesołe czasy dla osób homoseksualnych?

W tym czasie były słynne akcje milicyjne. Zaczęło się, delikatnie mówiąc, jeśli nie prześladowanie, to przynajmniej nękanie środowiska gejowskiego. Milicja chciała werbować osoby. Odbywało się to w ten sposób, że najczęściej były zatrzymywane, w cudzysłowie zatrzymywane, w miejscach znanych z przebywania tam tych osób, czyli gdzieś w okolicach parków, na dworcach. Często one były po alkoholu, miały większą śmiałość i wtedy geje byli podrywani przez funkcjonariuszy milicji i dyskretnie zapraszani na wizyty w komendach albo w lokalach konspiracyjnych. Próbowano werbować te osoby, w zależności od tego, co sobą reprezentowały, czy były powiązane z klerem, bo też się tak zdarzało. W każdym razie te osoby były oceniane pod względem przydatności do dalszego wykorzystania. Mnie to na szczęście ominęło, mojego przyjaciela też. Ale z naszych znajomych wielu było, którzy byli wzywani w jakiś tam dziwny sposób i później twierdzili, że udało im się tego uniknąć. Pozostali jednak w tych kartotekach.

Myślisz, że rzeczywiście nie współpracowali?

Ja nie wnikam, czy oni szli na współpracę, czy nie szli na współpracę. Osobiście nie odczułem na sobie czy mój przyjaciel jakichś tam negatywnych skutków z tego powodu, że tam ktoś był zwerbowany czy nie był zwerbowany. Tak to było w tym siermiężnym PRL-u.

A oprócz tego nękania milicji, jak to było z bezpieczeństwem? Zdarzały się napaście?

Ja osobiście lubię samotne wędrówki wieczorem i w nocy, często mi się to zdarza. Nawet poza granicami kraju, czy w Istambule, czy w Bułgarii, na Krecie czy Wyspach Kanaryjskich. Łaziłem sobie w celach wiadomych, licząc, że może kogoś tam spotkam i będzie jakaś zabawa. Nie obawiałem się napaści, nigdy mnie to nie spotkało. Chociaż wiem, że moich znajomych – tak. Trzy czy cztery osoby zostały pozbawione życia przez to, że były gejami. Zapraszali do siebie do domu osoby i później znajdowano ich martwych we własnych mieszkaniach. Czy dochodziło do kradzieży, czy ta kradzież miała tylko zakamuflować właściwy motyw morderstwa, później się okazywało, gdy sprawcy zostali znalezieni. Tłumaczyli się w ten sposób, że zaprosił ich do domu bardzo miły pan i później, jak się zaczął do nich dobierać, to oni się wkurwili i musieli go zabić. Tak to często tłumaczyli. Wieczorami zdarzały się też rozboje czy kradzieże w tych miejscach spotkań, typu park przy Operze czy przy PKS-ie. Słyszało się, że tam ktoś kogoś napadł, ale przeważnie było w ten sposób, że osoba, która została napadnięta, była pod wpływem alkoholu, czy zasnęła, czy jakoś w ten sposób go okradziono. A jak się przebudził czy ocknął, no to dostał w głowę, żeby nie pamiętał, co się stało.

A inne niebezpieczeństwa, jak np. „dziwna grypa” czy inne choroby, które pojawiły się w latach 90.? Czy to też dotyczyło elit?

Z moich znajomych dwie czy cztery osoby były chore na AIDS. One znane są tu w Poznaniu. Należały też do naszych znajomych, ale ja z nimi żadnych kontaktów osobistych, cielesnych nie miałem. Natomiast znam te osoby, spotykaliśmy się w towarzystwie. Były to przykre przypadki. Opinia była taka: sami sobie są winni, bo byli znani z tego, że podczas pobytu w Monachium czy dawnym RFN-ie bez opamiętania korzystali z uciech tego świata, mówiło się, że się doigrali.

Mówiłeś, że znałeś tyle publicznych osób. Czy robiło się wtedy coming outy?

Ja osobiście nie słyszałem o tym, żeby ktoś wyraźnie powiedział: „Tak, jestem gejem czy homoseksualistą, czy wręcz pedałem”. Ale był w Poznaniu cały szereg osób, o których wszyscy wiedzieli, że są gejami, że są homoseksualistami. Głównie był świat artystyczny związany z baletem, teatrem, operą…

Czyli to był temat tabu wtedy?

Powiedziałbym, że w naszym środowisku było to rzeczą oczywistą, że te osoby są homoseksualne. Nam to nie przeszkadzało, no bo niby dlaczego? One cieszyły się szacunkiem, byliśmy dowartościowani, jeśli mogliśmy gościć ich w swoim towarzystwie. Odbywało się to, jak mówię, w czasie premier w filharmonii, na koncertach. Ale żeby ktoś powiedział, że jest gejem, to nie. Jeden z kolegów z naszego środowiska ujawnił się wśród swoich pracowników, współpracowników, bo w czasie jakiegoś tam spotkania towarzyskiego w pracy po kilku kieliszkach, ktoś tam do niego mówi: „Oh, panie Janie, a słyszałem, że pan jest pedałem?”, a on odpowiedział: „Ależ oczywiście, bo takiego chuja jak pan można mieć tylko w dupie”. W ten sposób. Ale to nie było oczywiście ujawnienie się.

Pamiętasz może z tamtych czasów jakie pierwsze kluby czy lokale dla gejów się pojawiły?

W Poznaniu były znane lokale, w których bywali geje. Był to słynny Smakosz (znana restauracja naprzeciwko Teatru Polskiego – przyp. red.), spotykali się też w Merkurym przedstawiciele takich zawodów jak kelnerzy, fryzjerzy, lekarze, wśród których jest wielu gejów. Tak to się wtedy odbywało. Spotykali się zwłaszcza po premierach, po występach w teatrze, wypadało być w Smakoszu, wypadało być w Merkurym, czy pokazać się w Piekiełku w Polonezie (dawniej hotel, obecnie dom studencki – przyp. red.), normalne to było. Typowo gejowskiej knajpy nie było.

Tradycyjne miejsce spotkań było też na dawnej Armii Czerwonej przy Kuchciku. Dziś po tym barze mlecznym na ul. św. Marcin nie ma śladu / Fot. Paweł Ziemba
Tradycyjne miejsce spotkań było też na dawnej Armii Czerwonej przy Kuchciku. Dziś po tym barze mlecznym na ul. św. Marcin nie ma śladu / Fot. Paweł Ziemba

Dodaj komentarz jako pierwszy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *