Skip to content

Lesbijska konspira, czyli kilka luźnych refleksji o tajnych zgromadzeniach lesbijek

Być może niebawem – w dramatycznej wizji przyszłości  – konspirowanie będzie koniecznością. W Polsce, w której następuje „dobra zmiana”, knuć będą wszyscy nienormatywni. Lesbijki, oczywiście, też, choć tajność i podziemie nie są kobietom nieheteronormatywnym obce nawet w czasach jawności. Bo czy bez względu na sytuację polityczną i społeczną nie działamy przede wszystkim w trybie “tajny komplet”? Zwykle związane jest to z niewyoutowaniem większości kobiet nieheteronormatywnych, z wszechobecnym patriarchalnym systemem (choć w różnych równościowych przebraniach). Generalnie konspira lesbijska to skutek słabej widoczności kobiet w publicznej przestrzeni.

polub-teczowypoznan-facebook

 

Tym razem nie chcemy jednak uderzać w ton podszyty gniewem, bezradnością, żalem, że działania kobiet nieheteronormatywnych nie wypełniają wielkiej czarnej dziury w kulturze, nie realizują potrzeb i nie zaspokajają głodu. Choć piszemy z warszawskiej perspektywy, to głód wcale nie jest mniejszy, tak samo dokucza, mimo że ponoć w stolicy dzieje się najwięcej, ale to ciągle za mało, za mało, za mało…. Trzeba sobie jednak z nim radzić.

Metafora tajności/konspiry, która jest ironicznym komentarzem do nowych czasów politycznych pozwoliła nam spojrzeć na kobiece/lesbijskie działania z innej perspektywy. Tradycja babskiej tajności przybiera różne i nieoczywiste formy. Przyjrzyjmy się temu przez chwilę.

3d040b56-ca9c-44dd-be8b-25c796931f80
Zdjęcie archiwalne (DTT)

 

Najpierw miejsce tajnych spotkań – prywatne mieszkania – klasyka. Tu lesbijki gromadzą się najczęściej, domy zamieniają się w biblioteki organizacji, magazyny np. plakatów, ulotek, w biura, imprezownie, hostele, kluby dyskusyjne, sale kinowe, a nawet  – w sale prób i sale teatralne. Wybór mieszkań to zwykle konieczność, ale czasem jest to decyzja świadoma. My postanowiłyśmy grać spektakl 33 Sztuka, o poliamorycznej triadzie lesbijskiej, właśnie w mieszkaniu. To odpowiadało charakterowi polskiej lesdramaturgii, którą nazwano domową, bo dramaturżki umieszczają swe historie w czterech ścianach.

Potem – deklaracja tożsamości. Dominuje anonimowość, czasem półjawność, sprawdzają się pseudonimy. To delikatne terytorium, ale bardzo dynamiczne. Miesza się lęk, talenty autokonspiracyjne z niejednoznacznością własnej tożsamości. Bywa, że dzięki tajnym spotkaniom odtajniała się niejedna osoba. W procesie, bez przymusu coming out. Tak było z niektórymi uczestniczkami O’LESS Festiwali. Tutaj tajność okazuje się sposobem oswajania swej tożsamości i/lub orientacji.

Konspira lesbijek jest przewrotna i zmienna. Obserwujemy od kilku lat jej dynamikę, wpatrując w jej odcienie. Kiedyś jej przeciwniczki, od niedawna zaczęłyśmy ją doceniać. Może dlatego, że same jesteśmy zanurzone w tajności, choć od lat walczymy o widoczność. Doceniamy tajność, bo to chyba jedyna forma działania “po swojemu’, bez normatywnego formatu. Jawnie oznacza nierzadko pracę pod dyktando „skutecznej” jednomyślności.  My tego świadomie nie  chciałyśmy. Potrzebowałyśmy babskiej oddzielności i miejsca dla twórczości niemainstreamowej.

To nas skazywało na utajnienie, szukałyśmy więc sojuszniczek. Pewnie dlatego od początku naszej aktywności jako Tandemu chciałyśmy współtworzyć kobiece kręgi. W imię tej potrzeby działałyśmy kompulsywnie. Pierwszym efektem były artystyczne domówki – „Babskie piątkówki”. Również wynik nieodnajdywania się w formule imprez opartych na „piwie i podrywie”. Spotkania piątkówkowe miały swój stały program – skecz, film, rozmowa, jedzenie – zawsze pod jakąś flagą narodową. Były więc wieczory francuskie, włoskie, hiszpańskie etc. Raz w miesiącu mieszkania albo domy  – za każdym razem inny – otwierały się przed sporą gromadą kobiet. Ferment – ruch – nowe znajomości – nowe myśli. Współtworzenie. Na tym nam zależało. Tymczasem zwyciężyło imprezowanie, do mieszkań przeniosły się zwyczaje klubowe. Byłyśmy wówczas rozczarowane. Dziś myślimy, że to była jedna z możliwości bycia ze sobą, najbardziej powszechna, bo zaspakajające lesbijskie pragnienie romantycznego przeglądania się w drugiej kobiecie.

f84c3d9c-0c6c-4dc9-b9b9-a1e5d6f74573
Zdjęcie archiwalne (DTT)

 

Niezadowolenie po „Babskich piątkówkach” skrystalizowało nasze potrzeby, chciałyśmy grupy kobiet, która gromadziłby się wokół sztuki. Zorganizowałyśmy cykl lesbijskich DKF-ów. Tym razem w lokalu organizacji LGBTQ+, to było jawne i legalne, choć pomysł budził wątpliwość. Zdarzenie stricte lesbijskie pachniało separatyzmem. Samo przyznanie się do tej potrzeby oddzielności groziło ostracyzmem środowiskowym, bo poprawność polityczna nakazuje inkluzyjność, ale czasem zwyczajnie się nie da się włączyć wszystkich. Czy więc powinnyśmy ukryć takie pragnienie, utajnić je? Mamy prawo do własnego pokoju, zwłaszcza że nie towarzyszy temu agresja wobec innych. Niekiedy trzeba postawić mocno granice, zradykalizować się, ale do tego trzeba mocy zdobytej w różnych tajnych kobiecych grupach. Dla nas takimi kręgami są kręgi boginiczne. Dzięki sile tam zdobytej przeprowadziłyśmy, co zamierzyłyśmy. Projektem Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną wyeksponowałyśmy literę L, nie dałyśmy jej skryć się grzecznie wśród liter akronimu. Ważna jest obecność, ale na własnych warunkach. Jednak DKF długo był niszowy. W pewnym sensie zostałyśmy utajnione, to oznaczało przezroczystość czy wręcz lekceważenie wydarzenia. Ale po dwóch latach uporczywego trwania, bez względu na  frekwencję, DKF stał się widoczny. Potwierdziła to ankieta organizacji, która nas gościła. Poczułyśmy power, że baby coś wspólnie „uknuły” . I wtedy zaczęły dochodzić do nas głosy, że za dużo tej litery L, że musi byś parytet. Tajne lesbijki w kącie to znany element krajobrazu, są „wygodniejsze”, nie zajmują zbyt wiele miejsca, ale mówiące pełnym głosem psują pejzaż.

Utajnanie każdego głosu w promującej różnorodność grupiejest samobójem społeczności LGBTQ+,  zwłaszcza że rzeczywistość zewnętrzna potrafi niemile zaskoczyć. I tak się właśnie stało. W zniknięciu DKF-u z przestrzeni publicznej pomogła zmiana prawa. Oto z inicjatywy Platformy Obywatelskiej organizacjom pozarządowym odebrano możliwość pokazywania w celach dydaktycznych filmów nieodpłatnie i bez praw dystrybucyjnych.  To był  emocjonalny cios.

Ale procesu nie dało się już zatrzymać. Bo to, co się na pewno udało w ciągu trzech lat funkcjonowania DKF-u, to zgromadzić grupę dziewczyn, które chcą spotykać się i rozmawiać o sztuce nieheteronormatywnej, szczególnie lesbijskiej. Wytworzyła się potrzeba. Dlatego niedługo później reaktywował się DKF –  tajny oczywiście. Pokazy znalazły swe miejsce – naturalnie – w mieszkaniach, w innej formule, bo domowe projekcje też są obwarowane zakazami. Prawo bowiem pozwala oglądać wspólnie filmy jedynie członkom i członkiniom rodziny, rozumianej bardzo tradycyjnie – przez związki krwi.  Zatem to, co możemy pokazywać legalnie, to 30 sekundowe fragmenty filmów innych twórców/czyń, albo własne filmy w całości. Szczęśliwie znamy kilka reżyserek i niektóre z uczestniczek same tworzą. Spotkania mają charakter wymiany, bo  to co nowego pojawiło się w tej edycji tajności to współpraca artystyczna. Niektóre z nas mają  wspólne plany twórcze, niektóre już pracują nad wspólnymi projektami.

13487497_10207421023576016_562332219_n
Zdjęcie archiwalne (DTT)

 

Tak owocuje dobrze wykorzystana tajność, która pozwala skupić się na pracy, wewnętrznej zmianie, bez informowania świata o każdym rzeczywistym czy urojonym sukcesie. Ciągła jawność nie daje się rozwijać, każe tylko reagować, byle było widać – cokolwiek. Nie ma cię na FB, na imprezach – nie istniejesz. Tymczasem tajne działanie to laboratorium, w którym klują się idee, tożsamości, talenty. Niewidoczne ma czas, żeby nabrać wyrazu.  W ukryciu wydaje się niegroźne, dopóki się nie ujawni. I w tym największa nadzieja, że w polskich „konspiracyjnych” mieszkaniach wylęgają się grupki upartych artystek, działaczek nieheteronormatywnych. A gdy się wylęgną, będzie się działo. Bójcie się lub dołączajcie do nas!  Liczymy na skoki kwantowe długiego tajnego procesu.

Tajność lesbijska to zatem bardzo kolorowe zjawisko. To przekleństwo albo zbawienie, więzienie albo wolność, miejsce ładowania mocy, laboratorium, izolacja. Uzupełnia jawny nurt działalności kobiet nieheteronormatywnych. Jest twórcza, ale wiemy, że można w niej utknąć z własnej woli  albo zostać  w nią wepchniętą na zawsze. Bo skoro tam się urządziłyście, to tam zostańcie. Musi wam wystarczać.  Oświadczamy, że nie wystarcza, ale jednocześnie z wielofunkcyjnej tajności nie chcemy sobie odbierać. Ma w sobie tajemnicę i stymulujące znaki zapytania jak zdjęcie, które załączamy do tekstu.

No właściwie, dlaczego stoimy tyłem? Czy boimy się pokazać twarze? Może jesteśmy brzydkie, bo chyba każda lesbijka jest brzydka? Może gadamy do ściany, bo nikt nas nie słucha albo ze ścianą łatwiej się dogadać? Albo zwariowałyśmy, bo przecież każda baba to wariatka, a już lesbijka to na pewno? Albo knujemy coś przeciw mężczyznom, bo bez wątpienia lesbijki-feministki nienawidzą facetów. Albo kpimy sobie z fejsbukowego lansu niektórych organizacji LGBTQ+ i osób celebryckich?  Albo pokazujemy stosunek do polskiej rzeczywistości? Czy może zwyczajnie nam się nudziło?

Odpowiedzcie sobie sami/same. My konspirujemy dalej.

________________________
DLA TĘCZOWEGO POZNANIA GOŚCINNIE:

logo-baner-dtt

[arqam style= metro columns= 1 ]

Dodaj komentarz jako pierwszy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *