Skip to content

Minusy w plusach

 

Gustaw. Pochodzi z niewielkiej miejscowości pod Krakowem, ale wszystkim mówi, że jest rodowitym krakusem. Wiek – 50+. Plus jest na tyle duży, by Gustaw doskonale pamiętał lata 80. Ach, tamte czasy! Erotyczne podziemie PRL-u pod osłoną nocy. Tamte dreszcze emocji, szybkie podniety! Pikiety, miejskie parki i szalety. Dzięki połączeniom PKP Gustaw w młodości przeżył niejedną przygodę w niejednym mieście. Tego się nie zapomina. Nie chciał jednak ciągle wracać do hermetycznej małopolskiej społeczności, która prędzej czy później zmusiłaby go do ożenku. Chciał żyć pełną piersią, innymi częściami ciała również. Postanowił przeprowadzić się na zachód Polski do wielkiego miasta, gdzie pewna epoka zdawała się szybciej odchodzić w przeszłość niż w innych zakątkach kraju. Dzisiaj Gustaw też jeszcze może. Jest wysportowany i lubi się ubrać. Chodzi regularnie na siłownię w tygodniu i mniej regularnie do kościoła w niedzielę, używa dobrych kosmetyków (tylko męskich!) i ma dobrze płatną pracę w tzw. kulturze popularnej. Wygląda na 40+, a przy gorszym oświetleniu nawet na 40-. Minus oczywiście bardzo krótki, ale zawsze. Gustaw ma świadomość, że nieuchronnie się starzeje. Jest coraz bliżej wieku, w którym kończą się podboje erotyczne i zostaje samotność. Na razie jednak, choć dekoracje zmieniły się przez ostatnie ćwierć wieku, nadal chętnie bywa w miejscach, gdzie panuje deficyt światła. Jest w nich bezpiecznie, ciepło, wokół męskie ciała w poszukiwaniu siebie. To jednak nie jest to samo, co było kiedyś. Trudne czasy nastały. Ci młodzi maszerują, protestują, organizują się i paradują. Chcą też związków partnerskich. Dziwne pokolenie, którego Gustaw nie może zrozumieć. Nawet gdyby mógł, to nie chce. Wolałby, żeby taki krzepki dwudziestoparolatek paradował w ręczniku w jego sypialni. Potem ręcznik by się zdjęło i otwarłyby się przed nimi bramy do nieziemskich rozkoszy. Gustaw zabrałby go na narty w Lodomity, znaczy się w Dolomity, oczywiście jako młodszego kuzyna. Gdyby tylko mógł poznać takiego młodzieńca… Nie, on Gustaw nie poprze związków partnerskich i nie będzie się o nie upominał. Jeszcze czego! Dwóch facetów w Urzędzie Stanu Cywilnego i wspólnym kredytem w świetle dnia? To jednak trochę niesmaczne.

Bibianna. Kiedy przyszła na świat wydała się rodzicom szczególna, wyjątkowa. No, po prostu dziecko cud. Zatem popularne imiona, wcześniej przez nich wybrane, nie wchodziły w rachubę. Zasięgnięto porad i nadano jej imię Bibianna. Tutaj nie ma żartów, nomen est omen, a ciekawskich zapraszam do lektury księgi imion, praźródła wielu życiowych mądrości. Wróćmy jednak do naszej bohaterki Bibi, gdyż tak najczęściej się do niej zwracano w kręgu rodziny i przyjaciół. Za mąż wyszła całkiem młodo w roku, w którym na ekranach kin pojawił się „Kill Bill”. Całkiem możliwe, że Tarantino wyczuł istnienie Bibi i zainspirowany nią stworzył postacie Beatrix Kido i jej córki BB. Dziś Bibianna jest matką dwójki całkiem udanych dzieci i prowadzi biznes w mieście o bardzo silnych tradycjach pracy organicznej. Czuje się tutaj jak ryba w wodzie, choć właściwie jest skorpionem zodiakalnym. Zawsze była rezolutna, zaradna i miała wielki apetyt na życie. Temperament seksualny Bibi jest wielki. Z mężem, owszem, osiąga orgazm, ale coraz rzadziej i to jakby nie to. Ma więc romans z koleżanką, która również jest mężatką. Oczywiście nie dla samego orgazmu, zawsze chciała pójść w tym kierunku i wreszcie nadarzyła się sposobność. Układ idealny trwa, odkąd poznały się w luksusowym spa kilka lat temu. Od tego czasu wspólne wyjeżdżają na weekendy, a to w góry, a to nad morze. Chyba się w sobie trochę zakochały. Dwa lata temu wysłały mężów z dziećmi do Ciechocinka, a same poleciały na długi weekend do Paryża. Wszystkie inhibitory im tam puściły. Szczytowały po himalajsku w miejscach całkiem publicznych (ach, ta winda hotelowa!). Bibianna zadaje sobie pytanie w chwilach zadumy – co jednak nie zdarza się często, nie ten typ psychofizyczny – czy mogłaby związać się z przyjaciółką na stałe? Dochodzi jednak do wniosku, że związki partnerskie nie są dla niej. Właściwie to ma ich trochę za dużo, jeśli doliczyć jeszcze znajomego prawnika, który pomaga jej w firmie. To tylko biznes plus seks, innym razem seks minus biznes.

Tamara. Powiedzieć o niej passable, to nic nie powiedzieć. Śliczna i kobieca jak marzenie większości facetów hetero. Od czasu pełnej korekty płci, dokonanej jeszcze przed rozpoczęciem studiów, nie może się od nich opędzić. A nawet wcześniej, kiedy pracowała jako model dla największych zagranicznych projektantów mody skupiała na sobie męskie spojrzenia i to niekoniecznie gejowskie. W każdym razie skończyła z modelingiem, uzyskała tytuł magistra (plus inżyniera), dzięki zagranicznym podróżom zna kilka języków i pracuje jako architekt. Jaka była radość, kiedy Marek poprosił ją o rękę! Twierdził, że jej przeszłość nie jest żadną przeszkodą. Obie zamożne i liberalne rodziny wsparły młodych. Co to był za ślub i wesele! Od tego wydarzenia minęło już prawie 10 lat i wiele rzeczy się zmieniło. Marek najczęściej jest poza domem, jako budowlaniec pracuje dla dużej międzynarodowej korporacji, ciągle ma jakieś zlecenia i podróżuje. Ostatnio usypywał przez kilka miesięcy giga designerską plażę w Zjednoczonych Emiratach dla ultra bogatego szejka. Co z tego, że są z tego duże pieniądze, przecież to jest kompletnie niepoważne! Co on wtedy robi w tych obcych miejscach w wolnym czasie? Prawda jest taka, że bardzo oddalili się od siebie. Dzieci nie ma z oczywistych względów. Adopcja nie jest niestety brana pod uwagę. Marek chciałby przekazać swoje geny, a nie wychowywać obce. Liberalizm światopoglądowy tak, ale biologia jeszcze bardziej tak. Rozstanie wisi na włosku, bo dzieci jednak lepiej płodzić przed czterdziestką – myśli ciągle śliczna Tamara, a że samotność jej mocno doskwiera, przyjęła zaloty Hansa architekta z Berlina. Poznali się w zeszłym roku w Rzymie na konferencji pt. „Czy blobizm ma szanse na drugie życie?” (tak to brzmi w wolnym tłumaczeniu). Miała nawet przyjechać światowa dekonstruktorka architektury, Zaha Hadid z ciekawym referatem, ale nie dotarła. Zadziałał natomiast klimat miasta i więź polsko-niemiecka się zadzierzgnęła. Kiedy Marka nie ma w Poznaniu, Hans wsiada w pociąg lub samochód i po niecałych trzech godzinach jest u niej (formalnie to u nich, Tamary i Marka). Hans już ma dzieci, jest rozwodnikiem i mogłoby się im udać. Związki partnerskie zamiast sakramentu małżeństwa? Byłby to pomysł do rozważenia, bo drugi raz Tamara wolałaby uniknąć ciężaru tworzenia podstawowej komórki społecznej i rozczarowań z tym związanych. Cały ten patriarchat, od teraz jesteście mężem i żoną, to już nie dla niej. Z drugiej strony przecież nie jest feministką. Nigdy w tych kategoriach nie myślała o sobie. Czy nie robię się zbyt refleksyjna? – przebiegło jej przez rozleniwioną głowę pytanie i szybko się ulotniło. Teraz relaksują się z Hansem w jacuzzi, patrzą sobie intensywnie w oczy i piją znakomite Bordeaux w podpoznańskiej willi.

Quentin. Pół Amerykanin, pół Polak. Przyjechał do krainy nadwarciańskich przodków po maturze na zaproszenie wujostwa, żeby lepiej poznać język i kulturę. W tym celu podjął studia na poznańskiej uczelni. Plan się udał, repolonizował się wzorowo. Dziś już mówi bez amerykańskiego akcentu i są na to odpowiednie certyfikaty. Partia u władzy mogłaby być z niego dumna. Nie będzie. Quentinowi gorzej poszło z asymilacją z miejscowymi, ponieważ nie utożsamia się z żadną płcią albo utożsamia się naprzemiennie z obiema płciami. Jest gender non-conforming, jak to się określa z angielska. Dla jednych wspaniały kolorowy ptak, dla innych bardzo rzucające się w oczy pedaliszcze. No tak, ma urodę cherubina, nosi kolorowe obcisłe ciuchy podkreślające zgrabną sylwetkę, w dodatku w sobotę wieczorem wychodzi na miasto w bardzo starannym makijażu i z pomalowanymi paznokciami u rąk. Quentin, gdybyście nie wiedzieli, może być też imieniem żeńskim – rzadko, bo rzadko, akurat na weekend w sam raz. I nie tyle chodzi o agresywne zaczepki łysogłowych chłopców z ONR-u, czy pełne niesmaku spojrzenia młodych wszechpolek na ulicach, niestety także o chichy-śmichy w tęczowych klubach, gdzie bywa ze znajomymi. Ostatnio dużo myśli o przeprowadzce do jakieś wielkiej światowej metropolii. Najchętniej do NYC, skąd pochodzi. Jest jednak pewien szkopuł. Kocha na umór swoją polską plus one i czeka, aż ona skończy studia i obroni w przyszłym roku magisterium ze stosunków międzynarodowych. No, nie taka znów ona, to Wojtek, bardziej jednak on. Wyjadą razem. Doskonale nauczyli się swoich języków w trakcie kilkuletniego związku i chcieliby go teraz zalegalizować. Ale nie chcą tracić siły i energii na walkę z wiatrakami w Polsce. Wojtek, zapatrzony w Quentina jak w obrazek, boi się też o jego bezpieczeństwo. To przeważa szalę. Minus dwóch/dwoje obywateli.

Lena. Obroniła doktorat z socjologii. Będzie już z dziesięć, a może nawet dwanaście lat, odkąd jest adiunktem. Pracuje na dużej uczelni w jeszcze większym mieście w centralno-zachodniej części kraju. Szczególnie interesują ją feminizm, gender studies i lesbianizm w literaturze XX wieku. Przygotowuje się do habilitacji. Ostatnio przeprowadziła cykl fascynujących seminariów o kolejnych falach feminizmu. Studenci z zachwytem po nich serfowali. Jeden z nich oczyma wyobraźni widział się na deskach z bardzo atrakcyjną panią doktor. Ostatnio śniło mu się… Nie, nieważne, może przy innej okazji. Dlatego też nie zaliczył przedmiotu – więcej maślanych oczu, tęsknych spojrzeń niż nabytej wiedzy. Poza nim Lena nikomu nie pozwoliła utonąć i reszta grupy uzyskała dobre stopnie. Wszyscy studenci na nią zagłosowali w plebiscycie na najlepszego wykładowcę i zdobyła pierwsze miejsce! Druga połówka Leny, Laura jako młoda walcząca dziennikarka jest nieco mniej obyta z zaawansowanym dyskursem akademickim i ma bardziej usposobienie à la żelazne waginy z pewnego znanego kabaretu stołecznego. Dziewczyny często dyskutują, kłócą się zaciekle, czy prawa się nabywa drogą perswazji i dialogu, czy może trzeba uderzyć pięścią w stół i zaanektować ulice. Przywołują przykłady historyczne, konteksty geopolityczne. Do dziś nie doszły do porozumienia. Owszem, chciały kiedyś dołączyć do pikiety przed sejmem, żeby domagać się praw dla osób LGBT+. Akurat były w tym mieście. Ostatecznie wylądowały na przeglądzie kina niezależnego. Kilka seansów dziennie plus dyskusje. Wszystkiego nie można zrobić, a pikieta nie wiadomo, czy w ogóle się odbyła…

Herman. Czysty jak łza heteryk. Za to anarchista, w dodatku z tych bardziej zaangażowanych. Uważa, że państwo się nie sprawdza, szczególnie nad Wisłą, a miasto i prawo do mieszkania są dla każdego. W Poznaniu tworzą mocną grupę. Squatują, walczą, chronią przed eksmisją, przepędzają narodowców. Stawiają zdecydowany opór rosnącej w siłę brunatnej fali. Mają też na pieńku z policją. Kto zresztą lubi anarchistów? Nie pomagają ani warsztaty, ani szeroko zakrojona działalność kulturalna, w które są zaangażowani. Wszystko to umyka uwadze statecznych, coraz bardziej zamożnych mieszczan. Na Hermanie PKB nie robi jednak żadnego wrażenia. Uwielbia chwile odosobnienia i pisze wtedy wiersze. Idealista. Zakochał się niedawno po uszy w Ance, która rozumie jego motywacje. Sama jest początkującą malarką po ASP. Do instytucji małżeństwa czuje szczerą niechęć. Nie, nie ma jeszcze żadnych negatywnych doświadczeń. Takie ma poglądy. Oboje bardzo chcieliby, żeby związki partnerskie były dla wszystkich Polaków i są gotowi o nie walczyć. Dlatego pójdą na najbliższy marsz równości w swoim mieście. Anka ma już kilka pomysłów na transparent, rozrysowała projekty w swoim gniazdku na poddaszu, skąd rozpościera się wspaniały widok. Herman jest u niej ostatnio częstym gościem. Po seksie zawsze patrzą na panoramę miasta. Taki mają rytuał. Ach, te początki miłości! Uważają, że małżeństwa też mogłyby być dla wszystkich, choć oni nie skorzystają. Przede wszystkim jednak chodzi o możliwość wyboru. Czy pojechaliby do stolicy manifestować także pod sejmem? Oczywiście, że tak! Tylko kto tam będzie razem z nimi? LGBTQH±?

 

Julia Durzyńska– autorka tekstów naukowych i nienaukowych, obserwatorka życia, fejsbukowa propagatorka inicjatyw oddolnych i odgórnych, domatorka wiecznie w rozjazdach – aktualnie poza granicami kraju. Entuzjastka przeorania mentalnego paleolitu, cheerleaderka racjonalizmu i piewczyni wolnej woli.

 

Zdj. Maciej Krajewski vel Łazęga poznańska

1 Komentarz

  1. Ola Ola

    Piękny tekst! Bardzo barwny i zmusza do refleksji <3

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *