Skip to content

Ostrą kreską odcinaj historię od opowieści. Kryptonim „Hiacynt” [RECENZJA]

Od kilku, wciąż zbyt niewielu, lat dostrzegam jak moje pokolenie przestaje się odcinać od tego poprzedniego. Pamiętam jak raczej buntowaliśmy się i gardziliśmy szarością PRL–u, gadaniem o ZOMO, wzruszonym „Za komuny było lepiej”. Współczesna władza obrzydziła nam te jeszcze wcześniejsze strumienie zdarzeń: powstania, wojny światowe oraz rozbiory. Wtedy nie było internetu, medycyna nie radziła sobie z rzeczywistością, a ludzie o różnym kolorze skóry nie mogli brać ślubu, ba, siedzieć obok siebie w autobusie. Czego mogli nas nauczyć? Już wiemy czego. Tylko Andrzej Selerowicz nie niesie swoim beletrystycznym debiutem żadnego kaganka oświaty.

Niesie co najwyżej niezapalone łuczywo. Bowiem założenie było złe – że autor, który potrafi gruntownie przemaglować dokumenty i źródła, a potem odważnie, bez emocji wyłożyć fakty, będzie też potrafił porwać rzewną historią. A historia jest prosta jak budowa cepa i drewniana w swych dialogach jak owo wcześniej wspomniane łuczywo. Śledzić będziemy historię akcji o kryptonimie „Hiacynt” z perspektywy jej ofiar (lata 80. ubiegłego wieku) i współczesnych badaczy (od 2002 roku). Była to akcja Milicji Obywatelskiej, która pod przykrywką zapobieganiu epidemii HIV/AIDS, ściągała na komisariaty ówczesnych gejów; tak, głównie mężczyzn, nie, niekoniecznie o faktycznej orientacji homoseksualnej. Ludziom tym zakładano tak zwane „różowe teczki” (przeznaczenie nieznane, oprócz inwigilacji obywateli wskazuje się na wysokie prawdopodobieństwo szantażu do zachowań zgodnych z linią partyjną), upokarzano przesłuchaniami dotyczącymi szczegółów ich życia intymnego oraz groźbą i prośbą próbowano zmusić do wskazywania innych znanych homoseksualistów lub podpisywania „lojalek” SB.

Jedna z głównych postaci, Marek, będzie w rzeczywistości porte–parole autora, jeśli nie da się też tego powiedzieć o jego młodziutkiej asystentce – Beatce. On jest gejem w sile wieku, który próbuje ocalić od zapomnienia losy rodzącego się w bólach ruchu LGBT+ w Polsce, ona – pisze na Gender Studies UW pracę właśnie na temat początków zrzeszania się gejów za PRL–u. To osobliwe duo poprowadzi z sobą na prawie 200 stronach kilkanaście sztywnych dialogów, które rekonstruując wydarzenia tamtych czasów, zahaczą też o manipulacje polskiej prawicy, sprawę arcybiskupa Paetza czy skandal wokół dyrygenta Polskich Słowików – Wojciecha Kroloppa. Sprawy molestowania i pedofilii pojawiają się tak samo często jak sprawy osób nieheteronormatywnych, co w pewien pokrętny sposób raczej stawia między nimi znak równości, niż go przekreśla. W efekcie pogrąża pokrzywdzonych przez poprzedni ustrój.

Książka ta ma faktycznie jeden ogromny plus: jako gatunek historical fiction bardzo dobrze obejmuje komponent historical. Książka jest nawet zaopatrzona w reprodukcje korespondencji jednej z postaci, ulotkę Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego czy artykułu o akcji „Hiacynt” z annałów periodyku Milicji Obywatelskiej.

Przyjęłabym z ogromną radością raport lub opracowanie naukowe na temat, ale z niewiadomych dla mnie przyczyn autor zdecydował się ubrać to w (wystrzępione srodze) fatałaszki fabuły. Niestety, opisy historycznych wydarzeń, włożone w usta młodych aktywistów siedzących w kawiarni brzmią co najmniej nieprawdopodobnie. Czy chodziło o to, że domysły przerastają tu materiał faktograficzny i należało go owinąć w watę opowiadań? Możliwe.

Niestety, zamiast pięknego prezentu w postaci zbioru opowieści świadków i materiałów źródłowych dostajemy to przeklęte łuczywo oświaty owinięte na jednym końcu brudną szmatą sztucznych dialogów i postaci, z którymi nie sposób się identyfikować.

kryptonim-hiacynt-ksiazka-okladka

Dodaj komentarz jako pierwszy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *