Skip to content

Sztuka chorowania

Weź coś na noc! – w tej poradzie zawiera się naiwna wiara współczesnego człowieka w moc medycyny. Nie łaź do lekarzy, nie stój w kolejkach, łyknij sobie cudowne tableteczki z supermarketu i rano obudzisz się rześki, tudzież zdrowy. Obecnie choroba to wypadek przy pracy, wstydliwa słabość, coś, co nie powinno się przydarzyć żadnemu pracownikowi. L4 to wyrok w oczach szefa i świadectwo naszego nieprzystosowania do zdrowego i szczęśliwego świata. Łazimy z gorączką i kaszlem do pracy, wpadamy w panikę , gdy przed weekendowym wyjazdem przytrafi nam się przeziębienie. Wstyd powiedzieć o tym znajomym, którzy szykują się na mega balangę. W ich oczach widzimy tylko niedowierzanie, że można być chorym „właśnie teraz”.

Choroba na moment zawładnęła współczesną kulturą jakieś 35 lat temu. AIDS było jak grom z jasnego nieba. Konserwatywna Ameryka pod rządami Ronalda Reagana szybko zrobiła z wirusa HIV odpowiednik „pedalskiej dżumy”, która dopada grzeszników tarzających się w rozpuście. Świat kultury tracił swych najbardziej znamienitych twórców. Reszta jakoś próbowała sobie radzić z chorobą. Pamiętam pierwsze książki, które dotyczyły tego tematu. Jako nastolatek dorastający w PRL-u byłem przekonany, że AIDS dopada tylko bogatych homoseksualistów z Zachodu. Z wypiekami na twarzy pochłaniałem książkę Josefa Gabriela „Przekwitający mak. AIDS – ostatnie miesiące pewnej miłości”. To w 1987 roku był hit w zachodnich Niemczech. W Polsce książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego rok po upadku komuny. Któż wie […], czym jeszcze będzie AIDS w powszechnym doświadczeniu ludzkości? Takie retoryczne pytanie padło we wstępie do polskiego wydania. Wówczas oczywiście nikt tego nie wiedział. Dziś – po prawie czterdziestu latach od pierwszych zakażeń – jesteśmy o wiele mądrzejsi. Słucham właśnie w radiu pani z Sanepidu, która w związku z obchodami Światowego Dnia AIDS namawia do profilaktycznych testów i uspokaja, że wynik seropozytywny to nie wyrok. Zażywa się odpowiednie leki, a długość życia zakażonych osób systematycznie wzrasta. Literatura i sztuka powoli porzucają topos HIV na rzecz nadal nieuleczalnego raka czy depresji. To są bolączki współczesnego świata. Z AIDS walczy jedynie Afryka. Czasami ktoś zrobi na ten temat film dokumentalny prezentowany garstce festiwalowej publiczności. Tradycyjnie też w Berlinie odbywa się operowa AIDS Gala. W tym roku na początku listopada w Deutsche Oper zbierano kasę na Zimbabwe, zaśpiewała między innymi słynna diva Patrizia Ciofi, a wśród publiczności brylował Jean- Paul Gaultier. Potem oczywiście był bankiet z szampanem. Syty świat znów pochylił się nad ubogimi. To się nie zmienia od ponad stu pięćdziesięciu lat.

O kulturotwórczej mocy choroby przypomniała mi „Czarodziejska góra” Pawła Mykietyna oparta na arcydziele Tomasza Manna. Opera miała swoją premierę w Poznaniu na Festiwalu Malta w 2015 roku. W tym roku we wrześniu podczas Warszawskiej Jesieni zaprezentowano ją po raz pierwszy w stolicy. Libretto jest autorstwa Małgorzaty Sikorskiej -Miszczuk. W wywiadzie skarżyła mi się, że z powieści Manna musiała zostawić tylko niektóre wątki. Mam wrażenie, że w jej interpretacji choroba schodzi na plan dalszy. To raczej przestrzenna, muzyczna opowieść o nieuniknionym końcu ideałów. Tyle działań, zabiegów, miłości i zdrad, tyle gadania i filozofowania, tyle pracy tylko po to, by zginąć w błocie okopów I Wojny Światowej? Niestety, takie właśnie jest życie – zdają się mówić Miszczuk i Mykietyn.

Dla mnie „Czarodziejska góra” Tomasza Manna to w pewnym sensie powieść o chorowaniu. Gruźlica – owe AIDS dziewiętnastego wieku – jest najważniejszym punktem odniesienia w książce. Wokół niej kręci się życie, a raczej śmierć wszystkich mieszkańców eleganckiego sanatorium w Alpach. Tutaj nikt się nie wstydzi swoich przypadłości i bolączek. „Zauberberg” to zaprzeczenie współczesnego świata, w którym łykamy na noc tabletkę i rano wstajemy zdrowi. Kuracjusze chorują namiętnie i nagminnie, spluwają, gorączkują, spacerują i jedzą. Proces leczenia jest długotrwały i raczej skazany na porażkę. Poza tym Mann przypomina nam o jednej najważniejszej zasadzie: choroba jest wpisana w nasze życie, a wszelkie zabiegi wokół niej to tylko zminimalizowanie bólu, który i tak w końcu nas dopada.

 

Sergiusz Rycaj – dziennikarz, z wykształcenia historyk sztuki. Miłośnik opery i berlińskich zaułków. Mieszka w Warszawie.

 

Zdj. Maciej Zakrzewski, Malta Festival Poznań

Dodaj komentarz jako pierwszy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *