Skip to content

The Danish Girl. Film zagrany twarzą [RECENZJA]

Osoby transpłciowe w gronie LGBT+ zmagają się zazwyczaj ze źle pojmowaną bliskością – nie tylko zagląda się im do łóżek, ale, jeszcze częściej, do spodni. A przecież znacznie lepiej byłoby spojrzeć im prosto w oczy i wysłuchać tego, o czym same chcą opowiadać. W kinie możemy teraz spoglądać w głąb oczu Eddiego Redmayne’a, który wcielił się w Einara Wegenera, pierwszą osobę transpłciową, która poddała się chirurgicznej korekcie płci. I jakiż to jest wzrok!

Reżyser, Tom Hooper, doskonale prowadzi kamerę w swoim najnowszym dziele, „The Danish Girl” (oficjalny polski tytuł „Dziewczyna z portretu”). Przewaga bliskich planów nakazuje stanąć nam z postaciami filmu twarzą w twarz, aktorom zaś – tą twarzą zagrać. Ten film po prostu jest zagrany twarzą. Widz odnajdzie przyjemność w rejestrowaniu kątem oka każdego drgnienia kącika ust czy skrzydełka nosa. Zostanie skonfrontowany z każdym pocałunkiem i każdą łzą, nawet pojedynczą. Bo trochę się ich poleje. Z nazbyt intymnego dystansu podejrzy uszminkowanie ust i konturówkę tańczącą na powiece. A czasem i sutki potarte przez falbanę. To wszystko zaś w starannie zbudowanych kadrach, pełnych przemyślanej geometrii i dobrze dobranych kolorów.

Film jest wizualnie piękny, ale historia, którą ma do opowiedzenia nie była tak upudrowana jak film. Lili Elbe, a właściwie Lili Ilse Elvenes (wcześniej: Einar Magnus Andreas Wegener) była obywatelką Europy na przełomie XIX i XX wieku. Jest ikoną, bo była jedną z pierwszych osób, które poddały się, eksperymentalnej w tamtych czasach, korekcie płci. Swoją historię opisywała w dziennikach wydanych potem w 1933 roku w formie autobiografii „Z mężczyzny w kobietę” (w Polsce nigdy nie ukazał się przekład). W roku 2000 ukazała się książka autorstwa Davida Ebershoffa, który na podstawie autobiografii Elbe snuje przyjemniejszą powieść. Ekranizacja powieści „The Danish girl” odbiega zatem zasadniczo od trochę smutniejszego obrazu rzeczywistości, w którym Lili podaje się za siostrę swojej męskiej tożsamości – nie jak w filmie za kuzynkę – czy zbiega z Danii do stolicy dekadencji, Paryża, by móc manifestować swoją tożsamość płciową, a jednocześnie, by Greta, jego (wówczas) żona, mogła otwarcie być… lesbijką. Film nie tylko pomija milczeniem queerowość osób zaangażowanych w ten związek, ale i fakt, że tranzycja w życiu Einara/Lili nastąpiła szalenie późno, bo gdy miała 46-48 lat.

Brak tych queerowych smaczków nadrabiają aktorzy drugiego planu – Alicia Vikander (grająca Gretę) i Ben Whishaw (grający Henrika). Alicia, przypominająca czasem w balowym anturażu młodą Helenę Bohnam-Carter, ma z pietyzmem rozmazaną seksualność. Obsesja, z jaką maluje męża w jego kobiecym wcieleniu, zdobywa jej rozliczne zaszczyty i sławę, ale z punktu widzenia widza queer może być czymś więcej… Whishaw zaś trochę gra samego siebie – pełnego szyku geja-intelektualistę. I to wszystko komponuje się naprawdę pięknie.

Na minus trzeba policzyć temu filmowi doprawdy przeciętną ścieżkę dźwiękową, zbytnią sterylność oraz momentami kiczowatą symbolikę. Jednak cała reszta jest tak spójna, że broni się sama. Mało tego, film stoi w tej chwili w kolejce po 4 Oscary i całym sercem jestem za tym, żeby Eddie Redmayne otrzymał złotą statuetkę. Domyślam się, że rola, w której liczy się każdy kąt przechylenia głowy oraz sposób ułożenia kolana, a ilość emocji potrzebna do oddania horroru dysmorfii jest tak przeogromna, że musi być z gruntu wyczerpująca do cna.

Dziękujemy z całego serca za ten wysiłek. Całujemy w upudrowany i muśnięty różem policzek, którego każde drgnienie było dla nas widoczne. I mówiło więcej niż wszystkie dialogi razem wzięte.

the-danish-girl-film-okladka

Dodaj komentarz jako pierwszy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *